RSS
 

Henia w Berlinie

28 maj

Jak to było? Kiedy wyjechałam z narzeczonym do Berlina nie mogłam tam wytrzymać bez  Heni. Na początku był kłopot,  mieliśmy podnajęty pokoik u ludzi, którzy za jedyne dozwolone zwierzę domowe uznawali chomika… Nie było tam miejsca dla kota, a po miesiącu i dla nas było też za ciasno…

Wynajęliśmy szczęśliwie umeblowane mieszkanie, całe w cholernej niebieskiej wykładzinie, której niecierpiałam, i za którą nie przepadała też później Henia – posikując to tu, to tam… Szczęśliwie, bo z poprzedniego miejsca wialiśmy jakby się paliło, a swoich rzeczy nie mieliśmy zbyt wiele, a już na pewno nie mieliśmy swoich mebli! Mieszkanie było gotowe, trzeba było tylko dokupić parę rzeczy, typu durszlak… wiecie, gotuje się już woda na makaron, a w ostatniej chwili świta myśl, że będzie go trzeba odcedzić jak ziemniaki. Wyłączasz palnik i lecisz na głodnego do sklepu!

I mieliśmy już nawet durszlak! Ale nie było kota!!!! Henia była u mojej mamy w Polsce, miała do towarzystwa Grubego i Figę, miewała się dobrze, ale i jej czegoś brakowało – przynajmniej tak wynikało z relacji świadka.

Mój narzeczony lubił Henię, ba… nawet więcej! Ale nigdy kota w domu nie miał, kto niby miałby sprzątać kuwetę? On na pewno nie! Tja… jak on jeszcze nic nie wiedział… Zarządziłam wyprawę do zoologicznego, kupiliśmy wielką kuwetę, zapas żwirku, zapas kociego jedzenia, wróciliśmy do domu, spakowaliśmy walizkę i pojechaliśmy do Polski. Po kota. Po Henię!

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz